Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamiętnik Edwarda Chałupy. Pokaż wszystkie posty

List z frontu

Napisane przez manix w

W naszych archiwach zachował się list Edwarda Chałupy, ostatni jaki wysłał z frontu do najbliższych. List napisany 6 sierpnia 1944 r. nigdy do domu nie dotarł, żona nigdy nie przeczytała pełnych troski i niepokoju, ale i pocieszenia słów męża. Dlaczego? W międzyczasie, w nocy z 1. na 2. listopada 1944 r. żona Edwarda - Maria oraz dwójka jego dzieci - Zofia i Zbigniew, zostali zamordowani przez banderowców UPA. Edward stracił wszystko, co miał najcenniejszego. Co czuł ten człowiek w chwili, kiedy otrzymał z powrotem napisany przez siebie list, a na którego rewersie widniała adnotacja: "adresat nieznany"?




W miejscu dnia 6/VIII 1944
Moja droga Marysiu i dzieci!
Choć nie wiem, jaki los spotka ten list, to jednak pragnę Wam napisać parę słów. Otóź ja się jakoś trzymam i nic mnie nie grozi, ja jestem razem ze [nieczytelne], chodzimy z ludźmi do lasu na robotę, jako mię [nieczytelne]. Jestem od was daleko trzysta km i prawdopodobnie mamy wyjechać do Polski, a też krążą pogłoski, że starych mają zwalniać.
Marysiu! O mnie się nie martw, patrz, ażeby Wam było dobrze i ja się o Was bardzo martwię co z Wami jest, czy żyjecie, czy nie głodujecie i jak sobie radzicie, bo mnie się zdaje, że i Helusi już nie ma w domu, bo tu widziałem dużo dziewcząt wziętych do wojska i ja patrzyłem, czy nie zobaczę Helusi, bo jeden ojciec spotkał się z córką.
Marysiu! Uważaj na siebie, a Zbyszek niech jest posłuszny i Zosia.
Całuję Was do widzenia. Edzio pa.

Ocena artykułu:

Początek klęski... (1939-1944)

Napisane przez manix w

Przedstawiamy dalszy ciąg pamiętnika Edwarda Chałupy. Lata 1939 -1944, okupacja niemiecka i rosyjska. Relacja naocznego świadka.

Był to początek klęski mej, mojej rodziny i narodu polskiego, który w niczym nikomu nie zawinił, tak zaczęło się, będąc na małym spoczynku rano, w pierwszych dniach września 1939 r. w komisariacie P.P. usłyszałem komunikat radiowy, że Niemcy napadli na Polskę (...)

Równocześnie po wkroczeniu do Polski wojska ZSRR, zaczęły się zebrania i demonstracje, pierwsze takie zebranie odbyło się na placu, obok urzędu gromadzkiego (...)
Ale wróćmy jeszcze raz do tych zebrań (mitingów), jak to się odbywało i w jakim celu. Te mitingi odbywały się prawie co dnia, a jak zwoływano na mitingi, otóż ja mieszkałem przy granicy sąsiedniej wioski - Dżurów, moja wieś - Nowosielica, dzieliła ją rzeka Rybnica, toteż jedna część nazywała się podgóra, a druga zarzeka, ja mieszkałem pod górą, tuż nad rzeką, to przychodził mesjasz z trąbką na zarzekę, trąbiąc stale posuwał się przez wieś w kierunku granicy Rożnowa, około 1,5 km, następnie przeszedł przez rzekę, pod górę i tam kończył swoje wywody trąbkowe, w ten sposób odbywały się wołania na te mitingi, co omawiano na tych zebraniach formalnie - nic poważnego, przemawiał głowa Sel - rady, był to formalny leń, znany jako lekkoduch, powiada do gospodarzy - gnoje wozić (obornik), a wokół mnie ruszył szmer, a ty taki, a ty siaki, a mię kto kiedy mówił - gnoje wozić, my wiemy kiedy mamy wozić, oczywiście tylko szemrano, wyglądało to tak, jakby kowal kuł konia, a gęś nogę nastawiała. Te zebrania były po to, ażeby ludzie nie mieli spokoju i wytchnienia, czy deszcz, pioruny, śnieg, zawierucha, mróz, to wszystko jedno, musiało się być, ażeby nie zostać przeciwnikiem, dlaczego mówię, że te zebrania były niepotrzebne, wieś miała 10 dziesiętników, od 110 zwani dziesiętnikami, ci musieli co dnia, rano, zgłaszać się po rozkazy, otóż po co miting, owszem, niech by tam od czasu do czasu, w jakichś ważnych sprawach, a nie na jakieś widzi mi się.

Najgorsze to były początkujące miesiące pod okupacją rosyjską, bo niezależnie, że byłem ciągany po N.K.W.D., trzeba się było spodziewać każdej nocy, że zostanę wywieziony, bez powrotu, jeżeli noc przeszła w trwodze bez wywozu, wiedziałem, że parę godzin zostanę w domu, a miejscowi dzikusy starali się dać dowód wyższości nade mną, co w prawdziwym socjalizmie jest bezwzględnie zabronione, poza tym, jeżeli były jakieś roboty w gromadzie, jak na przykład czyszczenie dróg od śniegu itp., to mię nigdy nie pominięto, musiałem być wszędzie, według upodobania rezunów, w końcu było tego za mało, spodobało się dzikiej hordzie wysłać mię do Karpat na robotę (...)

Ponieważ byłem dziesiętnikim, po śniadaniu udałem się do Sel - rady po tzw. Rozkazy, w urzędzie spotkałem sekretarza przy spisywaniu bydła, zapisałem i ja, po przeciwnej stronie było spotkanie spółdzielni produkcyjnej, referowane przez politruka, wtem przyszedł posłaniec, ażeby wszyscy przeszli na drugą stronę, że referent chce coś do ludzi przemówić, ponieważ ów sekretarz ani z ludzi, nikt się z miejsca nie ruszył, ja też siedziałem, wezwanie się powtórzyło, a że dalej nikt nie poszedł, po raz trzeci przyszedł sam referent, wówczas przeszliśmy wszyscy na tą drugą stronę, gdy wszedłem ja, zebrani wytrzeszczyli na mnie oczy, jak na egzotyka, ja szybko skręciłem się, wszedłem w lukę, za piec, który był nieco oddalony od ściany, stamtąd obserwowałem wszystkich, a mnie nikt, następnie zaczął przemawiać ów politruk, następująco, w języku ruskim, ja przetłumaczę po polsku. Otóż towarzysz Mołotow powiedział podać do wiadomości obywatelom, że Niemcy napadli na nasze granice itp. I tak dalej, między zebranymi powstawała cicha, niewymowna radość, ja ich rozumiałem, jak brzuchomówców, byłem jeden Polak między zgrają rezunów, a gdy już zostali rozpuszczeni, czyli zebranie rozwiązane, jak powychodzili na dwór, to radościom nie było końca, , póki ich na oczy widziałem, ja na siebie nie dałem poznać żadnego wrażenia, jak by nic nie zaszło, spełniałem obowiązki nałożone do końca, bo wiedziałem, że ci miejscowi i ci przybysze i ci co przyjdą to ciężkie wrogowie narodu polskiego, wywożonego w głąb Rosji, za to tylko, że byli Polakami, niemieccy najeźdźcy mordowali, chcąc zmusić Polaków do uległości, a miejscowi rezuny mordowali pod egidą inteligencji i k---u ukraińskiego, dookoła ciężkie wrogowie, a my , jednostki polskie, jak nadzy w cierniu. I tak te moje obowiązki dziesiętnika trwały do 29 czerwca 1941 r.

Jak nastąpiła zmiana, jak przyszli Niemcy, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka, zaznaczam, że nie myślę chwalić Hitlera, bo obaj ciężkie wrogowie narodu polskiego, jak ten z zachodu, tak i ten ze wschodu, ale napiszę tak jak było i jak było w mojej miejscowości i powiecie. Przede wszystkim nastąpiła cisza i spokój, ucichły trąbienia na sądny dzień, ustały męczące mitingi, nie groziło wywiezienie na Sybir, bez znaku życia, pozostawiono, niech szewc robi buty, kowal kuje konie i wozy, a rolnik niech swym porządkiem pracuje na roli, można było wyczuć pewnego rodzaju powagę władzy (...)


(...) w końcu sierpnia 1943 r., życie układało się w wielkiej niepewości, nie z powodu Niemców, ale z powodu rodzimych rezunów ukraińskich, w ten sposób przyszła zima, nadszedł marzec 1944 r., jeszcze śniegowy, Niemcy się cofają, hydra rezunów ukraińskich przystępuje do mordowania Polaków, kryjemy się po lasach, Niemcy wycofali się do Karpat, wojska radzieckie zajęły linię Prutu, Śniatyń, Zabłotów, Kołomyja, miedzy Prutem, a Czeremoszem bezkrólewie hordy ukraińskie grasują, Polacy chronią się pod władzą radziecką, zamieszkaliśmy czasowo w opuszczonych przez hitlerowców, pożydowskich domach, było to pod koniec kwietnia, początki maja 1944 r.

Dnia 10 maja 1944 r. zostałem powołany do wojska polskiego, w wieku 49 lat i dwa miesiące, ze Zabłotowa, pow. Śniatyń, było nas 405 Polaków, skierowano nas rzeką do Sum, na Ukrainie, celem uzupełnienia II armii Wojska Polskiego (...)

Ocena artykułu:

Posterunkowy z Kołomyi

Napisane przez manix w

Po zdemobilizowaniu w 1920 r. Edward Chałupa powrócił w rodzinne strony, gdzie po niespełna trzech latach rozpoczął pracę w policji.

Organem policyjnym II Rzeczpospolitej stojącym na straży bezpieczeństwa i porządku publicznego była Policja Państwowa. Powołana do życia ustawą z 1919 r. szybko zyskała szacunek i respekt, a także cieszyła się dużym społecznym zaufaniem. Praca w Policji Państwowej wiązała się z dużym prestiżem, ale wymagała nienagannej postawy moralnej, o czym świadczy zacytowany poniżej kodeks etyki zawodowej policjanta w II RP (znaleziony tutaj):

  1. Honor i Ojczyzna oto hasła, którymi w życiu Twoim masz się kierować.
  2. Ojczyzna powierzyła Ci broń i oczekuje, że będziesz jej godny.
  3. Ojczyzna przyznała Ci wyjątkowe prawa. Tych praw nie nadużywaj, gdyż nie są one przywilejem, lecz obowiązkiem, który sumiennie wypełniasz w służbie Narodu.
  4. Przestępstwo jest nieszczęściem. Zachowaj się wobec niego z powagą i ludzkością.
  5. Pomóż temu, kto Twojej pomocy potrzebuje i obchodź się ze wszystkimi tak, jakbyś chciał, by się z Tobą obchodzono.
  6. Bądź odważny, sumienny, ostrożny i nie zawiedź nigdy zaufania przełożonego. Nadużycie zaufania jest hańbą. Mów prawdę, gdyż kłamstwo jest tchórzostwem.
  7. Pamiętaj, że nosisz mundur. Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Bądź więc zawsze schludnie i czysto ubrany i nie zaniedbuj wyglądu zewnętrznego
  8. Żyj skromnie, zachowasz przez to niezależność. Nie przyjmuj żadnych podarunków, gdyż to zobowiązuje. Jako policjant nie możesz mieć zobowiązań. Życie ponad stan jest hańbą i prowadzi do nieszczęścia. Pijaństwo zabierze Ci ludzką godność, staniesz się pośmiewiskiem rodaków i zasłużysz na pogardę dzieci.
  9. Pamiętaj, że Cię podsłuchują, więc nie mów publicznie o sprawach służbowych. Zachowaj umiar w mowie.
  10. Bądź w życiu i służbie sprawiedliwy.
  11. W wystąpieniach przeciw wrogom Ojczyzny bądź bezwzględny, pamiętaj jednak, że dobry żołnierz gardzi okrucieństwem.
  12. Rozkazów przełożonych słuchaj bezwzględnie, bądź wzorem dla podwładnych, którzy Cię pilnie obserwują. Jeśli żądasz od innych, by byli dobrymi kolegami, pamiętaj sam o koleżeństwie.
  13. Miej pogardę dla pochlebców.
  14. Pamiętaj, że jesteś żołnierzem. Nie zaniedbuj ćwiczyć się w żołnierskiej sprawności i ucz się ciągle, pamiętając o tym, że obywatele widzą w Tobie człowieka, który musi widzieć wszystko.

Kres funkcjonowania Policji Państwowej nastąpił po klęsce wrześniowej 1939 r. Po agresji sowieckiej 17 września większość policjantów z ziem wschodnich została internowana do obozów przejściowych (m. in. w Ostaszkowie), a następnie zamordowana przez NKWD w Miednoje.

Wśród wspomnień Edwarda Chałupy znajdują się również te z okresu służby w Policji Państwowej. Kilka wybranych fragmentów pamiętnika obrazujących codzienną służbę posterunkowego z Kołomyi przedstawiamy poniżej.

Ponieważ jako członek służby bezpieczeństwa byłem zatrudniony w mieście Kołomyi, toteż miałem możność poznać społeczeństwo w okresie od 1923 do 1939 r. , największą ilość obywateli miasta stanowili Żydzi, to ludzie w zasadzie politycznie nieszkodliwi, [...], na drugim miejscu ilościowo byli Polacy, dobrzy obywatele Polskiej Rzeczpospolitej, wysoce patriotyczni, na trzecim miejscu liczbowo byli samozwańczy Ukraińcy, a prawdę mówiąc Rusini, którzy byli podzieleni na trzy odłamy religii: starokatolicka, ewangelicka i prawosławna, stosunek do Polski połowiczny. [...] pozostali jeszcze Niemcy najmniejsi ilościowo, sprowadzeni jeszcze w dawniejszych czasach, za Austrii, osadzeni wokół miasta celem rychłego zniemczenia.


[Edward Chałupa (pośrodku) podczas policyjnych ćwiczeń. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

Ponieważ, jak już opisałem, służyłem w mieście, toteż nie było brak różnego rodzaju przestępstw, toteż pewnego razu sprzedał gospodarz na targowicy krowę i przyszedł do miasta na rynek i gdzieś w zaułku przegrał z kartograjkami całą krowę, opamiętał się dopiero wtenczas, gdy już nie było ani krowy, ani pieniędzy, wówczas zgłosił się do mnie ze skargą, że otrzymane pieniądze za krowę wszystkie przegrał, ja mu odpowiedziałem, czemu on mię się nie przyszedł spytać, czy może grać, ale dopiero opamiętał się po szkodzie. No zgłoszenie przyjąłem do wiadomości, ale to nic nie daje, pierwsza rzecz, ażeby gospodarz odzyskał swoje pieniądze, ale szukaj wiatru w polu, a działać trzeba szybko, wówczas zawołałem jednego ze znanych mi kartograi i powiedziałem mu, że według opisu przez gospodarza, ja wiem, kto ma te pieniądze, niech załatwią z gospodarzem, bo jak ja wkroczę w tą sprawę, to popamiętają. I tak gospodarz otrzymał pieniądze z powrotem, przyszedł do mnie podziękować, ja znów w zamian dałem mu porządną odprawę i naukę za jego lekkomyślność.


[Apel przed posterunkiem policji w Kołomyi. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

Wśród wielu różnych przygód miało miejsce następujące zdarzenie, a oto ono. Wyszedłem do służby od godziny 0.1, było to w marcu, okres przedwielkanocny, przechodząc ulicami miasta znalazłem się na ulicy graniczącej z miastem ok.. godz. 3 po północy, wtem usłyszałem z podwórka szmer szeleszczącego papieru, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to ktoś mógł sobie wyjść z domu na świeże powietrze, ale że każdy policjant był zaopatrzony w latarkę bateryjną, dobrze zaopatrzoną, postanowiłem oświecić to miejsce, skąd dochodził szmer, pod snopem światła z latarki zauważyłem jakiś przedmiot bielejący się i kroki uciekających, po wkroczeniu w podwórze stwierdziłem, że spłoszyłem złodziei i udaremniłem kradzież. I również okazało się, że złodzieje dokonali w innym miejscu kradzieży bielizny ze strychu i w drugim miejscu, za jednym zachodem, pokusili się włamać do komory po wiktuały, których sporo wynieśli na podwórze, zbudzony właściciel komory oświadczył: ażeby nie pan, to złodzieje by mię wyszykowali ładne święta, następnie sporządziłem spis rzeczy tj. szynka, jaja, cukry i wiele innych rzeczy do pieczywa potrzebnych, ponieważ ów gospodarz był z zawodu cukiernikiem i gospodarzowi za potwierdzeniem odbioru oddałem, równocześnie poprosiłem gospodarza o dostarczenie do komisariatu pozostałej z kradzieży bielizny, gdy przybyłem do komisariatu, zastałem już w komisariacie właścicielkę skradzionej ze strychu bielizny, którą po dokładnym opisie, za potwierdzeniem odbioru, właścicielce oddałem, następnie sporządziłem pismo do wydz. śledczego i wraz z potwierdzeniem odbioru rzeczy natychmiast wysłałem, ażeby wydział śledczy w porę mógł zastosować śledztwo przy pomocy psa śledczego. I na tem moja czynność w tym wypadku zakończyłem.


[Podczas ćwiczeń na obozie szkoleniowym w policji. Zdjęcie ze zbiorów J. S. Ferenzów]

Nawiązując do człowieczeństwa, pewnego razu miałem następujący wypadek: przechodząc w służbie w nocy, po dwunastej, usłyszałem w podwórzu szmer i kradzież starego drzewa, w mieszkaniu kilkoro dzieci, wyglądających jak szczury z barłogu, ja postąpiłem po ludzku, z sercem, ale nie mogłem się wykazać pracą służbową, działo się to w zimie, wśród trzaskających mrozów. Pewnego razu, też w zimie, zatrzymałem sprawcę kradzieży trzech polanek drzewa, człowiek ten wiedział, że ja mogę tak lub nie, w tej chwili byłem jego sędzią, po jakimś czasie znów spotkałem innego sprawcę kradzieży węgla, które niósł w worku z gazowni, miał siedmioro dzieci, było to też w zimie i tu znów: człowiek, sąd i sumienie, mam do wyboru, a trzeba wiedzieć, że w zimie opał to coś więcej jak chleb, tem bardziej, jeżeli są małe dzieci, tak też pomyślałem o dwóch zdaniach religijnych: łaknących nakarmić, nagich przyodziać [...]

Ocena artykułu:

Żołnierz "Błękitnej Armii"

Napisane przez manix w

Wojna dobiega końca. Austro-Węgry rozpadają się, narody bałkańskie odzyskują wolność. Niemcy zostają zmuszone do uznania niepodległości okupowanych państw - m.in Polski. Rosja traci Finlandię i republiki bałtyckie, w kraju do głosu dochodzi narodowy socjalizm, władzę przejmują bolszewicy. Dotychczasowy porządek geopolityczny Europy zostaje totalnie zburzony.

Polska po 123 latach niewoli zaczyna odbudowywać swoje struktury państowe i wojskowe. W wyniku usilnych starań dyplomacji polskiej (poczynanych już od 1916 r.) rząd francuski przychyla się do organizowania polskich oddziałów zbrojnych. W końcu, we wrześniu 1918 r., na terytorium Francji powstaje Armia Polska. Kolor francuskiego munduru nadaje jej przydomek - "Błękitna Armia". Na czele armii 4 października 1918 r. staje gen. Józef Haller.


[Generał Haller podczas przeglądu szeregów Błękitnej Armii. Zdjęcie pochodzi stąd

Oddziały polskie formowane były z ochotników. Byli wśród nich Polacy zamieszkujący Francję, inne kraje Europy Zachodniej (a nawet Amerykę), ale lwią częśc stanowili jeńcy wojenni polskiej narodowości z zaboru austriackiego, przebywający w obozach jenieckich na terenie Włoch. Z najbardziej licznego obozu (22 tys. jeńców), położonego w północnych Włoszech w La Mandria di Chivasso k. Turynu, udało się zorganizować aż 4/5 całego kontygentu przemieszczonego po wstępnym przeszkoleniu do Francji.

Wśród żołnierzy ochotników był również Edward Chałupa:

Drugiego dnia ok. północy pociąg zatrzymał się na torze otwartym, naprzeciw niewielkiej drogi, wzdłuż której płynął duży strumień wody do nawadniania pól ryżowych, nam kazano wysiąść. W pierwszej chwili gaszono pragnienie, na pierwszy rzut oka wygląda ta miejscowość, że przed nami jest jakie wielkie miasto, ale nie było to miasto tylko lotnisko, a na nim zbudowane 30 hangarów, a my po ugaszeniu pragnienia, sformowaliśmy grupowo czwórki, ruszyliśmy w pochód, pod hangarami dowiedzieliśmy się, że jest to obóz La mandria Di chivaso i tu się formuje polska armia pod dowództwem gen. Józefa Hallera, Włosi od nas odeszli, jak by ich wcale nie było, a nas zaprowadziła służba żandarmerii do końcowego hangaru, oblodzonego, i też odeszła, jak nie ten świat zostaliśmy sami. Nad ranem, jeszcze za pociemku, zjawiło się trzech polskich oficerów, tak weszli jak aniołowie pośród diabłów, nasz wygląd był opłakany, jeden z oficerów powiedział, ażeby grupenkomendanci wzięli żołnierzy z namiotami i z kocami i poszli za nim, z powrotem przynieśli dla każdego bochenek chleba, po chwili, gdy już żołnierze oraczyli się chlebem przystąpiono do segregacji, mówiono wystąpić każdej narodowości osobno, z Polakami poszli Żydzi polscy i dużo Rusinów, po segregacji powiedziano nam, że jest to obóz, gdzie tworzy się armia polska, kto chce, może wstąpić do wojska polskiego, ale nie było takiego Polaka, który by się odmówił, po utworzeniu drużyn, plutonów, kompanii urządzono nam kąpiel, wydano po trzy pary bielizny ciepłej, po trzy koce amerykańskie, umundorowanie włoskie, obuwie, sienniki ze słomą, słowem wszystko, co przysługuje żołnierzowi, i przekwaterowano nas do innego hangaru. Przy tem odbywały się ćwiczenia, przeglądy, defilady oddziałów i jednostek organizowanych na terenie Włoch. W lutym 1919 r. wojsko organizowane we Włoszech wyjechało do Francji, ja również i byłem zakwaterowany we wiosce Relanż, w okolicy miasteczka Dame, w międzyczasie wypłacono nam pensję raz po sto franków, drugi raz po 50 franków francuskich, równocześnie przemundurowano nas w mundury hallerczyków i wyekwipowano w broń, z tą chwilą zaczęły się pełne ćwiczenia wojskowe z bronią, strzelanie i ćwiczenia polowe.


[La Mandria di Chivasso, polski obóz wojskowy. Uroczystość wręczenia sztandaru w imieniu miasta Turyn pułkowi im. A Mickiewicza, marzec 1919 r. Zdjęcie pochodzi stąd

Równolegle, już pod koniec roku 1918, Naczelnik Państwa Polskiego Józef Piłsudski rozpoczął starania o przyjazd "Błękitnej Armii" do kraju. Jednak dopiero w kwietniu 1919 roku władze francuskie zgodziły się na wysłanie oddziałów do Polski.

Po kilku tygodniach, dnia 7 maja 1919 r. moja jednostka została zawagonowana i przez Niemcy kierunek Polska, ta upragniona [...], kiedy dojeżdżaliśmy do granic Polski nakazano nam pozamykać drzwi od wagonów, a pootwierać na stronie polskiej, robiono to dlatego, ażeby nie prowokować Niemców, ponieważ istniała linia rzekomego frontu. Po stronie polskiej bardzo serdecznie nas witano kwiatami. W kolejności 12 maja 1919 r. stanęliśmy w Warszawie. Z Warszawy wysłani do portów Modlina w Zakroczyniu, w zastępstwie kwater, również i tutaj przesuwano nas, a tymczasem zbliżał się czas do wyjazdu na wschodni front.

Edward Chałupa był najprawdopodobniej członkiem 50 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych, wchodzącego na terenie Francji wskład 3 Dywizji Strzelców Polskich, III Korpusu "Błękitnej Armii". Oto jak wspomina spotkanie z samym Wodzem Naczelnym:

A teraz powróćmy jeszcze do tego marszu polskich żołnierzy. W pewnej miejscowości zatrzymano nas i stanęliśmy w kolumnach do przeglądu, wtem nadjechał generał Haller ze sztabem, ja stałem w pierwszym szeregu, obok mnie porucznik Piskozub, Haller się z nim przywitał i zapytał skąd jest, padła odpowiedź - z Kołomyji, a Haller odpowiedział: jeszcze będziemy się bić o tą Kołomyję i poszedł między szeregi żołnierskie.

W 1919 r. "Błękitna Armia" została organizacyjnie wcielona do Wojska Polskiego, Edward Chałupa został przydzielony do 13 Kresowej Dywizji Piechoty, biorącej w 1919/1920 r. aktywny udział w wojnie polsko-bolszewickiej.


Należałem do 13 dywizji piechoty jako grupy operacyjnej, stale nas przerzucano na inne miejsca, dowódcą był gen Stanisław Haller, w końcu w czasie odwrotu w 1920 r. znaleźliśmy się pod Pohrebyszczami, tam też zostaliśmy otoczeni, dzięki postawie żołnierskiej wyszliśmy z pierścienia. W tym miejscu jeszcze wrócę przed Pohrebyszcze, maj i czerwiec 1920 r., byłem na kursie podoficerskim, przy dywizji w polu, następnie po żniwach 1920 r. byliśmy otoczeni drugi raz pod Lwowem i wyszliśmy cało, w następstwie przerzucono nas pod Zamość, tam zadaliśmy duże straty Budionnemu i dalej pod Hrubieszowem, pod Warszawą wielka klęska nieprzyjaciela i z powrotem pościg za nieprzyjacielem, aż po Noworgad wołyński, zostałem ściągnięty do obozu ćwiczebnego jako plutonowy po kursie podoficerskim na instruktora w Równym. Po pewnym czasie przeniesiony wraz z całym pułkiem do Dubna, wojna została zakończona i po pewnym czasie jako starszy rocznik zostałem zdemobilizowany.

Ocena artykułu:

Na frontach I wojny światowej - cz. 2.

Napisane przez manix w

Październik, rok 1918. Wojska włoskie rozpoczynają na froncie wschodnim ostatnią ofensywę I wojny światowej. Przeciwstawia im się wyczerpana, pozbawiona morale i zdziesiątkowana armia austriacka. Już po kilku dniach walki traci zdolność bojową i ugina się pod naporem włoskim. Żołnierze są masowo brani do niewoli (ok. 300 tys. żołnierzy austriackich trafiło do niewoli!), niektórzy dezerterują. Ostatecznie 2 listopada 1918 r. w Tagliamento zostaje podpisany rozejm, który m. in. przyczynia się w niedługim czasie do rozpadu Austro-Węgier i końca I wojny światowej.


[Przeładunek na Tagliamento, 1917 r. Zdjęcie pochodzi stąd.]

Jak te wydarzenia wspomina Edward Chałupa? Prześledźmy po kolei.


Był już rok 1918, lipiec, otrzymałem od siostry, że dziewczyna, którą tak ceniłem jest w ciąży ze synem kierownika kopalni i na mnie ta wiadomość nie sprawiła żadnego wrażenia, raczej doznałem pewnego ukojenia, jestem zwolennikiem wolności. Po trzech latach wojennej tułaczki otrzymałem urlop do domu, jak wiadomo, trzy lata to nie jeden dzień, dużo się zmieniło, odwiedzałem krewnych, znajomych, dziewczynę,[...]

Warto zauważyć, że u schyłku wojny wysyłani na front siłą i zmuszani do podejmowania kolejnych ataków żolnierze tracili ducha walki. Szerzyły bunty i przejawy nieposłuszeństwa.


Po powrocie z urlopu do jednostki krążyły wieści, że znów pojedziemy na włoski front, to nam się nie bardzo uśmiechało, toteż pułk się zbuntował, mój transport w wagonach stał na stacji kolejowej, w Nowosielicy, za Czemiowcami, tam też stoczyliśmy prawdziwą walkę z 29 słowackim p. p., pod przeważającymi siłami zostaliśmy rozbrojeni i wywiezieni pod włoski front, w międzyczasie odbywał się sąd polowy nad żołnierzami pułku, podobno było kilku straconych [...].

W armii panował chaos. Żołnierzy skazywanych przez sądy polowe na rozstrzelanie nastepnego dnia zaprzysiężano i wysyłano z powrotem na front. Klęska armii austriackiej stawała się coraz bardziej oczywista:

[...] wtem pewnego dnia Włosi rozpoczęli wielką i ostatnią ofensywę, dochodzenia zostały przerwane, nas ponownie zaprzysiężono, uzbrojono i na front, gdy szliśmy do frontu, Czesi z frontu, wołając spadki hoszi po wojnie, niestety szliśmy dalej do frontu, dopiero po trzech dniach rozpoczęliśmy odwrót, w czasie odwrotu przed rzeką Tagliamento pułk został zbobardowany i z pokładów zdziesiątkowany, pozostałości pułku przeszły most na rzece Tagliamento, most za sobą zapalono, wtem za nami nadjechała włoska kawaleria, rzuciła się do rzeki wpław, z naszej strony poczęto strzelać, wtem poczęto wołać, aby zaprzestać ognia, zawieszenie broni, gdy kawaleria przeszła przez rzekę, zmieszała się z wojskami austriackimi, myślałem, że nastąpi nieporozumienie między żołnierzami, ale gdzie tam, pokręcili się jakby między przyjaciółmi, konie powierzgały ogonami i dalej w pościg, najdziwniejsze jest to, że przecież wyższe dowództwa wiedziały, że jest kapitulacja, wojska włoskie były już na tyłach wojsk austriackich, dlaczego w ostatniej chwili mordować ludzi Bogu ducha winnych, jak to u dygnitarzy życie maluczkich nic nie znaczyło i nie znaczy. Po trzech dniach rozbrojono nas z oświadczeniem, że wszyscy będziemy wysłani do swych miejscowości rodzinnych, jednak po rozbrojeniu nas sformowano czwórki i rozkaz: a via la Roma, oficerów zostawiono przy szablach. Tabor pułkowy szedł z nami, żywiliśmy się następująco, to, co na wozie, do kotłow, konie od wozów bite i też do kotłów i tak doszliśmy do obozów jenieckich.

A jak Włosi traktowali jeńców wojennych? Zobaczmy:

Nadmienić należy, że gdy nas prowadzili Anglicy, Szkoci, to nie wolno było zbliżać się do jeńców, ale gdy przejęli nas Włosi, to prostota, doskakiwali do żołnierzy, zrywali odznaczenia, pluli w twarze jak dzicz. W obozie pozostaliśmy bardzo krótko z oficerami, następnie wysłano oficerów do obozu oficerskiego, a żołnierzy do obozu specjalnego, za druty, tak było w wielkim głodzie, listopad do pół grudnia 1918 r. Następnie wyprowadzono nas na wolny tor kolejowy, gdzie na mrozie głodni czekaliśmy dwa dni na swój pociąg, mówiono nam że jedziemy na roboty w góry Szwajcarskie, gdy nadjechał ten upragniony pociąg, wsiedliśmy do niego i ruszyliśmy żółwim pośpiechem, drugiego dnia późnym wieczorem wjechał pociąg na stację jakiegoś większego miasta, w krótkim czasie wyniesiono nam w kotłach gotowany ryż ze słodką kapustą, było to bardzo dobre, ale mało, ja zdążyłem tylko pokosztować, natomiast dali nam po dużej konserwie, jedna na dziesięciu i po bochenku chleba. No cóż, jeść nie było można z powodu wielkiego pragnienia. Drugiego dnia ok. północy pociąg zatrzymał się na torze otwartym, naprzeciw niewielkiej drogi, wzdłuż której płynął duży strumień wody do nawadniania pól ryżowych, nam kazano wysiąść. W pierwszej chwili gaszono pragnienie, na pierwszy rzut oka wygląda ta miejscowość, że przed nami jest jakie wielkie miasto, ale nie było to miasto tylko lotnisko, a na nim zbudowane 30 hangarów, a my po ugaszeniu pragnienia, sformowaliśmy grupowo czwórki, ruszyliśmy w pochód, pod hangarami dowiedzieliśmy się, że jest to obóz La Mandria di Chivasso i tu się formuje polska armia pod dowództwem gen. Józefa Hallera.

O tym, jak Edward Chałupa tworzył zalążki armii polskiej we Włoszech napiszemy w nastepnym odcinku.

Ocena artykułu:

Na frontach I wojny światowej - cz. 1.

Napisane przez manix w

Wiele informacji na temat I wojny światowej dostarcza nam pamiętnik Edwarda Chałupy. I nie są to fakty spisywane przez pobocznego obserwatora, znajdującego się w bezpiecznym, oddalonym setki kilometrów od terenu działań wojennych miejscu. Są to wspomnienia człowieka znajdującego się przez prawie cały ten krwawy okres na pierwszej linii frontu.

Edward służył w armii austriacko-węgierskiej. Został powołany do wojska w roku 1915, miał wtedy 19 lat:

Wstępując w ciężki okres wojny, przedwcześnie, 18 lipca 1915 r. pożegnałem rodzinę, krewnych, znajomych, no i dziewczynę, która mi się podobała, też wiedziałem, że ja jej się podobam, reszta pozostała niewiadomemu jutru, do poboru stanąłem w Rożnowie [...].


[Edward Chałupa (pośrodku) zaraz po wcieleniu do armii austriackiej. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

Walczył głównie na wschodnich frontach I wojny światowej. Do wiosny 1916 r. brał udział w ofensywie wojsk austriacko-węgierskich w rejonie Karpat Wschodnich, gdzie rozegrywały się bardzo krwawe walki z wojskami rosyjskimi:

W bojach na Przełęczy Węgierskiej padło dużo żołnierzy po obu stronach walczących, toteż gdzie któren żołnierz padł na miejscu został pogrzebany, dlatego za świeżej pamięci władze postanowiły ekshumować rozsianych po górach do wspólnych mogił żołnierskich, toteż w tym celu wykopany ogromne szańce przy głównym trakcie, między Tatarowem a Woronienką, w szańcach układano trumnę przy trumnie, skrapiano, a raczej polewano mocno karbolem i zasypywano, taki był wielki rygor, że nawet trzech żołnierzy ekshumowano z cmentarza i na tych osobiście patrzyłem. Działo się to w zimie 1915 - 1916 r., ciała były w ziemi około piętnastu miesięcy, chowane tak jak padł, w płaszczu, obuwiu - wszystko sczerniałe, trzymające się jeszcze w kupie , łatwo dające się wciągnąć na dolną część trumny, następnie mocno odkażano ciała i przykryto górnymi wiekami, po zasypaniu dołów odkażano ziemię. I tak po głodzie, chłodzie i nędzy kończy się żołnierski trud [...].

Na początu roku 1917 Edward Chałupa został skierowany na front włoski, w okolice miasta Gorycja.

Po kolei, znów nas przewieziono z Tyrola jako marsz batalion 36 p. p. na front pod Gorycją, zatrzymano nas w taborze 8 km od frontu, we wsi Prwaczine.

Od 1915 r do końca 1917 r, w dolinie rzeki Isonzo, toczyły się działania wojenne Włochów przeciwko Austriakom. Gorycja była dla Włochów punktem strategicznym, gdyż zdobycie jej dawało możliwość wyprowadzenia ataku dalej, na Triest (od północy granicę włoską tworzyło pasmo Alp uniemożliwiające wszelkie działania wojenne). Tu Edward, jako członek batalionu szturmowego, wykazał się wielką sprawnością bojową oraz niemałą odwagą:

W marcu w 1917 r. były słuchy, że Włosi podkopują się pod linię frontu celem zrobienia wyłomu, przerwania frontu, wówczas dowództwo ściągnęło baterię moździerzy, pluton szturmowy do przyfrontowej rezerwy, wówczas rozpoczęła się ciężka kanonada z moździerzy. Gdy moździerze ucichły, artyleria poczęła bić ogniem zaporowym, a my, pluton szturmowy rozkaz do ataku na włoskie pozycje, wychodząc do ataku, każdy z nas się przeżegnał znakiem krzyża świętego, atak został uwieńczony powodzeniem, ja sam jeden osobiście wziąłem jedenastu Włochów do niewoli. Wśród dramatycznych okoliczności za dzielność i odwagę otrzymałem srebrny medal II klasy, wszyscy żołnierze powrócili z wypadu szczęśliwie, ja, prowadząc jeńców, trafiłem na sprężystego sierżanta w rowach austriackich, stały bowiem duże kompanie na wypadek niepowodzenia plutonu szturmowego, chciał zabrać jeńców, zbierać laury za moją krew, ja mu odpowiedziałem, wskazując na pozycje włoskie, że tam jest dużo, niech sobie idzie wziąć, ale niestety, skąd jeńców prowadziłem, tam się ziemia paliła, widać było tylko ogień i dym.


[Edward Chałupa (pośrodku) wraz z brygadą szturmową na froncie włoskim. Zdjęcie ze zbiorów Jadwigi i Stanisława Ferenzów]

W jaki sposób sam Edward Chałupa wziął do niewoli aż 11 Włochów? Pisze o tym szczegółowo w końcowej części swojego pamiętnika. Fragment ten mówi wiele o odwadze, ale i o postawie moralnej młodego Edwarda:

[...]w czasie ataku szedłem prosto na karabin maszynowy i jeszcze z dwoma żołnierzami z plutonu, zaś Włosi byli tak strasznie zdezorientowani pod silnym obstrzałem moździerzy, a działo się to wszystko w krótkiej chwili, ponieważ nasz trzech trafiło na pełny bunkier Włochów, ja objąwszy pierwszeństwo, posłałem jednego z żołnierzy, ażeby zawołał drużynowego kaprala celem wzięcia Włochów do niewoli, a że to trzeba było działać szybko, a ten pierwszy nie wracał, posłałem drugiego, a drugi zrobił to samo, tak zostałem sam i byłem zmuszony działać na własną rękę, oczywiście przy użyciu broni z mojej strony i nie mogłem dokończyć dzieła tak, jak nas uczono pod względem religijnym jak i wojskowym, tak ja wziąłem do niewoli 11 Włochów, ten raniony był 12, ale cóż z tego, nie byłem w stanie dokonać dzieła, tak z punktu religijnego i wojskowego, bo obowiązkiem mym było ranionego zabrać, a po wojskowemu zabrać karabin maszynowy, amunicję i broń ręczną, czego nie mogłem uczynić, bo brakowało mnie bodaj jednego żołnierza, któryby pilnował zabrania rannego i zdobyczy, ja znów, nie mogąc spuścić z oka jeńców z braku zaufania, musiałem pozostawić rannego i zdobycz, a wszystko działo się to z niewdzięczności żołnierskiej, działo się to na froncie włoskim - Isonzo front, pod miastem Gorycja, jeńców zaprowadziłem do kawerny nr 8, to jest loch podziemny, gdzie urzędował dowódca batalionu w randze podpułkownika, który jeńców przyjął, zostałem odznaczony srebrnym medalem II klasy, zaś moje akta zostały wysłane do archiwum, do Wiednia, ja zaś z pułkiem 20 zostaliśmy ściągnięci do tyłu na krótki odpoczynek, gdzie miałem sposobność rozmawiać z cesarzem Karolem na temat odznaczenia[...]

Za pierwsze swoje wojenne zasługi został odznaczony medalem przez samego cesarza Austro-Węgier Karola I.

Ponieważ 20 pułk był przeszło 6 miesięcy bez przerwy na froncie, przez zimę został wycofany do tyłu na zasłużony odpoczynek, w tym czasie cesarz Karol objeżdżał i przeglądał jednostki wojskowe, również i nas, było to pod koniec kwietnia 1917 r., gdy nadszedł dzień przybycia cesarza, bardzo rano pułk wymaszerował na błonie, oczekując dostojnego przybysza, gdy nadjechał, wysiadł ze świtą, orkiestra zagrała hymn cesarski, cesarz stanął, ani się nie ruszył, po odegraniu hymnu, pułkownik raportował, po raporcie sprężystym krokiem przeszedł cesarz przed wszystkiemi oddziałami, po przeglądzie zażądał, ażeby wszyscy odznaczeni medalami złotymi i srebrnymi I i II klasy wystąpili przed swe kompanie, ja też wystąpiłem jako medalista II klasy, cesarz przechodził przed odznaczonymi w formie raportu, z każdym dość długo rozmawiał, na przykład mnie się pytał, gdzie zasłużyłem medal, odpowiedź: pod Gorycją na Isonzo - front, pyta mnie, wiele mam lat, odpowiedź: 21, pytanie, skąd jestem, odpowiedź: z powiatu śniatyńskiego koło Kołomyi, wówczas cesarz się rozgadał i powiedział: ja wiem, wiem, ja w Kołomyi służyłem przy dragonach w stopniu rotmistrza, gdy miał przejść ode mnie do następnego żołnierza, jeszcze raz popatrzał na mnie od głowy do stóp i od stóp do głowy, pokręcił głową, żegnając słowami: oj, spokoju, spokoju!, rozmawiał naprawdę jak ojciec z synem i tych słów do śmierci nie zapomnę, tak mówił do mnie cesarz austriacki, a gdy odjeżdżał na dalsze przeglądy swych żołnierzy, moja myśl mu towarzyszyła: Szczęść Boże.


[Cesarz Karol I odznacza zasłużonych żołnierzy. Zdjęcie pochodzi stąd.]

I jeszcze jeden cytat obrazujący niebezpieczeństwo i krwawy charakter wojny:

Wypoczynek żołnierski dla nas dobiegał końca, ponieważ 11 maja 1917 r. Włosi rozpoczęli wielką ofensywę, a my wymarsz na front, do frontu trzeba było iść marszem kombinowanym, ponieważ wszystkie możliwe przejścia były zasypane huraganowym ogniem zaporowym, w końcu, już pod linią bojową, pozostała do przejścia jeszcze jedna kotlina, najniebezpieczniejsza, my weszliśmy przed kotliną w głęboki rów, oczekując chwili do przejścia, w mojej kompanii padł rozkaz: w tył zwrot!, w ten sposób ja zostałem ostatni na tyle, odczekałem chwilę, aż żołnierze znajdą się po drugiej stronie kotliny, odczekałem moment eksplodujących pocisków na kotlinie, po eksplozji rzuciłem się i jak błyskawica przebiegłem przez miejsce zaporowe, na kotlinie widziałem kilku żołnierzy zabitych, z drugiej strony kotliny spotkałem sanitariusza kompanijnego pytając, gdzie poszła kompania, odpowiedział, że do ósmego schronu, ja nie czekając wyprzedziłem go, wtem przyszedł pocisk moździerzowy, ciężko raniąc sanitariusza, gdzie po chwili zmarł, ja od tego pocisku zostałem raniony, dostałem się do schronu, ale wycofać się do tyłu było rzeczą niemożliwą na skutek ognia zaporowego, trzeba było czekać sposobności, moją dobrą stroną, która mnie ratowała, było to, że Włosi weszli w okopy austriackie i nie orientowali się, gdzie mogą znajdować się oddziały i wstrzymali ogień artyleryjski, ja ten moment wykorzystałem i - raniony - uciekłem z tego piekła, [...] ja wnet ruszyłem do miejscowości Czernice, obecnie Jugosławia, gdzie znajdował się szpital polowy, bardzo spieszyłem się, aby przejść jak najprędzej linię ognia zaporowego i rzeczywiście, ledwie uszedłem, rozpoczęła się Włoska kanonada, ja zgłosiłem się w szpitalu polowym z miejsca do opatrunku z powodu jątrzenia rany, ponieważ w dłoni znajdował się kawałek odłamka pocisku moździerzowego [...]

W 1918 r. Edward Chałupa trafił do niewoli włoskiej, ale o tym napiszemy w nastepnym odcinku.

Ocena artykułu:

Pamiętnik - Wstęp

Napisane przez manix w

Pamiętnik Edwarda Chałupy to prawdziwa perła. Nie ze względów literackich, lecz historycznych i genealogicznych. Jest coś niezwykle szlachetnego w tym, że ktoś uznał za ważne przekazanie wiedzy o rodzinnych korzeniach potomnym. Wiedział, że w ten sposób kształtuje się świadomość danego człowieka, a w dalszej kolejności - świadomość narodowa. W dzisiejszych czasach, gdy znamy co najwyżej imię naszej prababci, to naprawdę cenne. Pamiętnik Edwarda Chałupy pozwolił nam nawiązać kontakty z naszymi bardzo dalekimi kuzynami (o których istnieniu zapewne nie wiedzielibyśmy), zmobilizował nas również do kolekcjonowania wszystkich danych na temat naszej rodziny. Dzięki temu zebraliśmy wiele cennych zdjęć, a wiedza o losach, jakie nasi przodkowie przechodzili, staje się coraz szersza. Pamiętnik umożliwił nam w końcu podróż w rodzinne strony do Nowosielicy na Ukrainie (dawne tereny Polski) i odnalezienie domu, w którym mieszkała nasza rodzina. Dom nadal stoi, choć oczywiście kto inny jest już jego właścicielem.
Przedstawiamy zatem dokument, który podarował nam wiele niezapomnianych chwil pełnych wzruszeń. Ponieważ jest dość długi, podzielimy go na odcinki. Pamiętnik zachowuje oryginalną budowę zdań. Zmieniliśmy jedynie interpunkcję.

Na początek wstęp:


Szczęść Boże!
Roku Pańskiego
27 kwietnia 1966.
W Mikowicach, powiat Kłodzko

Wypis biograficzny rodziny
i familii Chałupów
Oraz osobisty życiorys

Chałupa Edward,
syn Ferdynanda,
urodz. 19 marca 1896 r.
w Nowosielicy, pow. Sniatyn


Kochani potomni i czytelniku!


Wielu z Was wie o sobie tyle, że urodził się z ojca i matki, czasem ledwie znając dziadków i właśnie dlatego postanowiłem napisać to, co mnie wiadomo o rodzinie Chałupa, żeby potomni wiedzieli, skąd się wzięli i skąd pochodzą. Wiemy rodowód Chrystusa, może nie wszyscy to sobie przypomnimy, zaczyna się na Abrahamie, aż do Dawida, pokoleń czternaście, od Dawida do Jechoniasza pokoleń czternaście, i od Jechoniasza do Jakuba i Józefa pokoleń czternaście. Wiemy i znamy rodowód naszych królów polskich i wielu innych osobistości, z wysokich stanowisk, również pisarzy, różnych artystów, jako też liczne osobistości z zagranicy.

Wobec tego, dlaczego nie mamy wiedzieć swego pochodzenia i środowiska, czyli, mówiąc zwyczajnie, że człowiek chce, aby w ludzkiej pamięci żył wiecznie, tern bardziej, jeżeli na to zasługuje. Niedawno jak wczoraj 26 kwietnia 1966 r. t. j. w 24 rocznicę bitwy pod Monte Cassino słuchałem komunikatu radiowego o brygadzie pancernej i dywizji Karpackiej z armii gen. Andersa, otóż żołnierze z brygady pancernej pytali swego dowódcę, dlaczego oni nie figurują w wydawnictwach książkowych za swoje zasługi. W związku z wydaniem obszernej książki w 25 rocznicę bitwy pod Monte Cassino, we wspomnianej książce mają figurować imiona i nazwiska ok. trzydziestu tysięcy żołnierzy, wynika z tego, że człowiek chce być w pamięci żyjących, a tym bardziej za czyny szlachetne.


Ocena artykułu: